Pierwszy dzień. Nasza wielka wyprawa rozpoczęła się w niedzielę o godzinie 15:15. To właśnie wtedy zapakowaliśmy bagaże do dwupietrowego autokaru, pożegnaliśmy rodziców i ruszyliśmy w stronę Francji. Przed nami była długa, nocna trasa, ale atmosfera w autokarze była tak spokojna, że czas szybko zleciał.
Do Paryża dotarliśmy nad ranem. Miasto dopiero budziło się do życia, gdy my, nieco zaspani, ale bardzo podekscytowani, wysiedliśmy z autokaru. Swoje pierwsze kroki skierowaliśmy prosto pod Łuk Triumfalny. Monumentalna budowla na placu Gwiazdy zrobiła na nas ogromne wrażenie – to właśnie tutaj poczuliśmy, że naprawdę jesteśmy w sercu Francji!
Następnie ruszyliśmy na długi spacer słynnymi Polami Elizejskimi. Po drodze mijaliśmy liczne pomniki i historyczne miejsca, o których wcześniej uczyliśmy się tylko z podręczników. Żeby złapać chwilę oddechu i poczuć nowoczesny klimat miasta, wstąpiliśmy do jednej z wielkich galerii handlowych. Blask witryn, ogrom przestrzeni i paryski szyk pokazały nam drugie oblicze tej metropolii. W końcu stanęliśmy przed szklaną piramidą – wejściem do Luwru. To niesamowite uczucie, gdy budynek, który dotąd widziało się tylko na zdjęciach, wyrasta nagle przed oczami! Choć muzeum jest ogromne, naszym głównym celem było spotkanie z historią sztuki przez wielkie „S”.
Udało nam się! Stanęliśmy twarzą w twarz z najsłynniejszym obrazem świata – „Moną Lisą” Leonarda da Vinci. Choć dzieło jest mniejsze, niż wielu z nas sobie wyobrażało, tajemniczy uśmiech modelki zrobił na nas piorunujące wrażenie. Oprócz tego zobaczyliśmy inne bezcenne arcydzieła, m.in. majestatyczną Nike z Samotraki czy antyczną Wenus z Milo. Wyjście z Luwru z poczuciem, że właśnie dotknęliśmy światowego dziedzictwa, było najlepszym zwieńczeniem tego intensywnego.
Kiedy słońce zaczęło powoli schodzić niżej, udaliśmy się pod Place Vendôme 12. To właśnie tutaj, w samym sercu miasta, znajduje się kamienica, w której swoje ostatnie dni spędził Fryderyk Chopin. Po tej chwili refleksji potrzebowaliśmy nieco oddechu. Skierowaliśmy się w stronę Ogrodów Tuileries. Usiedliśmy na charakterystycznych metalowych krzesłach tuż nad stawem przy Luwrze.
Na sam koniec ruszyliśmy w stronę miejsca, skąd zabrał nas transport do hotelu, żegnając się z rozświetloną powoli panoramą Paryża.
Drugi dzień zaczęliśmy jak na prawdziwą wycieczkę do Francji przystało – od typowego śniadania z chrupiącymi croissantami, które zniknęły z talerzy w mgnieniu oka. Z zapasem energii ruszyliśmy prosto na cmentarz Père-Lachaise.
To miejsce kompletnie nas zaskoczyło, bo w niczym nie przypominało naszych polskich cmentarzy. Zamiast prostych alejek, trafiliśmy do ogromnego, zabytkowego parku z labiryntem ścieżek i starymi, klimatycznymi grobowcami, które wyglądały jak małe domki.
Naszym głównym punktem był oczywiście nagrobek Fryderyka Chopina – miło było zobaczyć tam polskie akcenty i kwiaty. Później odszukaliśmy miejsce spoczynku legendarnej Edith Piaf, a na koniec prawdziwy klasyk – grób Jima Morrisona z The Doors, przy którym zawsze kłębi się tłum ludzi z całego świata.
Z cmentarza ruszyliśmy prosto pod bazylikę Sacré-Cœur. Zanim weszliśmy do środka, musieliśmy przejść kolejną już tego dnia ścisłą kontrolę bezpieczeństwa, co w Paryżu jest właściwie normą. Wnętrze katedry zrobiło na nas spore wrażenie, zwłaszcza ogromna mozaika na sklepieniu.
Później przeszliśmy się po artystycznej dzielnicy Montmartre, chłonąc ten cały klimat z malarzami i wąskimi uliczkami. Żeby złapać chwilę oddechu, usiedliśmy na słynnych schodach pod Sacré-Cœur. To idealne miejsce na odpoczynek – widok na całą panoramę Paryża z tej perspektywy jest nie do podrobienia.
Następnie przejechaliśmy obok słynnego Moulin Rouge. Z okien zobaczyliśmy charakterystyczny czerwony młyn. Potem ruszyliśmy prosto nad Sekwanę. Wsiedliśmy na jeden z tych słynnych oszklonych stateczków i to był strzał w dziesiątkę, bo z perspektywy rzeki Paryż wygląda zupełnie inaczej. To była ostatnia atrakcja tego dnia, nie licząc centrum handlowego, które mileiśmy tuż obok naszego hotelu.
Trzeci dzień zaczął się od sporej niespodzianki, bo pogoda znacznie się zmieniła i nie było już tak słonecznie jak wcześniej. Mimo to ruszyliśmy w miasto, zaczynając od Ogrodów Luksemburskich. Nawet w chłodniejszej aurze to miejsce robi wrażenie swoimi alejkami i pałacem w tle.
Potem poszliśmy pod monumentalny Panteon, a kawałek dalej przeszliśmy obok słynnego uniwersytetu – Sorbony. Cała ta okolica, czyli Dzielnica Łacińska, ma super klimat z tymi wszystkimi starymi budynkami i księgarniami.
Niestety, im bliżej byliśmy wyspy z katedrą, tym gorzej to wyglądało. Dokładnie w momencie, gdy zbliżaliśmy się do Notre-Dame, przeżyliśmy prawdziwe załamanie pogody. Zerwał się gwałtowny, lodowaty wiatr i lunął taki deszcz, że w sekundę wszyscy byliśmy mokrzy. Było tak ekstremalnie, że nikt nawet nie pomyślał o wyciąganiu telefonu – przez tę ulewę nie mamy ani jednego zdjęcia spod katedry, bo każdy marzył tylko o tym, żeby uzyskć prawdziwy azyl w katedrze niczym literacka Esmeralda z Quasimodo.
Po wyjściu szybko ewakuowaliśmy się do autokaru, który przewiózł nas pod samą Wieżę Eiffla.To był kulminacyjny punkt wycieczki. Zaczęliśmy wspinaczkę i ostatecznie zdobyliśmy drugie piętro. Widok z góry, nawet przy takiej zmiennej pogodzie, był niesamowity – cały Paryż mieliśmy dosłownie u stóp, a wiatr na tej wysokości potęgował wrażenie, że jesteśmy naprawdę wysoko.
Czwarty dzień to był już czysty fan i zabawa, bo cały spędziliśmy w Disneylandzie. Przygodę zaczęliśmy z lekkim "francuskim akcentem" – wsiedliśmy do kolejki, która miała nas przewieźć przez park, ale przejechaliśmy tylko jeden przystanek. Maszynista wysadził nas na pierwszej stacji z powodu problemów technicznych. Skomentowaliśmy to krótko: tacy są po prostu Francuzi – bez pośpiechu i z dystansem do awarii.
Nie daliśmy się jednak zniechęcić i ruszyliśmy dalej pieszo. Naszym kolejnym celem była rodzinna kolejka górska Big Thunder Mountain. To był strzał w dziesiątkę – szybkie zakręty, zjazdy w ciemne tunele i ten klimat Dzikiego Zachodu sprawiły, że szybko zapomnieliśmy o porannych przygodach z pociągiem.
Potem ruszyliśmy w wir zabawy na konkretne atrakcje. Odstaliśmy swoje w kolejkach, ale było warto, bo trafiliśmy na Star Wars Hyperspace Mountain. Tam było już zupełnie inne tempo – kosmiczny klimat, ciemność i ogromna prędkość. Było po prostu ekstra, zdecydowanie jedna z najlepszych kolejek w całym parku, szczególnie dla fanów Gwiezdnych Wojen.
Po tych wszystkich emocjach na kolejkach potrzebowaliśmy chwili oddechu, więc skoczyliśmy do wielkiego kina Disney Cinema. Tam zrobiliśmy sobie przerwę na jedzenie. Kiedy już trochę odpoczęliśmy, ruszyliśmy na jedną z najbardziej kultowych atrakcji, czyli „It’s a Small World”. Wsiedliśmy do pontonów, które powoli płynęły przez środek bajkowego zamku wypełnionego setkami ruchomych kukiełek w strojach z całego świata. Wszystko śpiewało, ruszało się i świeciło – totalnie inny klimat niż na Star Warsach, ale po tych wszystkich szaleństwach taka spokojna trasa była idealnym domknięciem dnia.
Po rejsie pontonami wśród kukiełek uznaliśmy, że potrzebujemy jeszcze jednej dawki adrenaliny na koniec. Nasza grupa się podzieliła: większość z nas nie miała wątpliwości, że trzeba wrócić na najlepszą atrakcję wyjazdu, czyli Star Warsy. Kolejny zjazd w kosmicznym klimacie był jeszcze lepszy niż pierwszy!
W tym samym czasie reszta ekipy, która wolała nieco spokojniejsze klimaty, udała się na główną aleję, żeby obejrzeć legendarną paradę postaci Disneya. Wszystkie te platformy, muzyka i machające postacie z bajek robiły niesamowite wrażenie, nawet jeśli nie jest się już małym dzieckiem.
To był idealny finał naszej przygody w Disneylandzie i całego wyjazdu do Paryża. Zmęczeni, ale zadowoleni, ruszyliśmy w stronę autokaru, żeby rozpocząć powrót do domu.